Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
265 postów 1170 komentarzy

Jak ukamienowali abp Stanisława Wielgusa – cz.2.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

więcej małych liter ...

 

 

 

„Jeżeli więc PRZYJĄĆ, że w „CZWARTEJ RP” NARESZCIE zaczęło rządzić PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ, to jest to PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ RASY WYRAŹNIE WYŻSZEJ, innej „NIETUTEJSZEJ”. !!!

*****

Podobną salwę oddał do ks. abp. Wielgusa osławiony o. Tomasz Dostatni. Przejdźmy do analizy „świstków” /określenie Prymasa J. Glempa/, przy pomocy których wdeptano w ziemię metropolitę S. Wielgusa. Gwoździem do „trumny” były dokumenty sygnowane pseudonimem „Grey”. Musiało upłynąć pół roku, zanim uczciwy dziennikarz „Naszego Dziennika” — Sebastian Karczewski, wyręczając dwie osławione „komisje”, tę od rzecznika praw obywatelskich i tę spod znaku Komisji Kościelnej, detektywistycznie przekopał się przez dostępne dokumenty i zdyskredytował je w sposób nie budzący żadnych wątpliwości.

Pamiętamy, jak to pismacy pastwili się nad abp. Wielgusem jako agentem o pseudonimie „Grey” a także „Adam.” Ani uczeni członkowie dwóch komisji, ani pismacy, ani spece z IPN nie dostrzegali, że Grey” na dokumencie zatytułowanym: „Opis wstępny akt podlegających mikrofilmowaniu”, ówczesny ksiądz Stanisław Wielgus jest wymieniony w rubryce „Figurant”, a „Grey” to kryptonim sprawy założonej do rozpracowywania owego „Figuranta”. Zamieszczamy reprodukcję tego dokumentu: nawet półgłówek mógł zobaczyć i zrozumieć, że dokument dotyczy osoby wybierającej się do RFN, która ma podlegać „rozpracowaniu operacyjnemu”. „Grey” nie jest więc agentem, jest potencjalną ofiarą rozpracowania operacyjnego!

Każdej z takich spraw nadawano kryptonim oraz numer rejestracyjny. Według innego dokumentu znajdującego się w teczce abp. Wielgusa, akcję rozpracowywania operacyjnego podjęto 19 grudnia 1973. Nosi on nagłówek: „Postanowienie o założeniu teczki rozpracowania operacyjnego”. Podpisał – ppłk Leonard Mroczek. Wnosząc o zarejestrowanie tego dokumentu w Samodzielnej Sekcji Ewidencji Departamentu I, ppłk. L. Mroczek stwierdzał, iż figurant „wyjechał za granicę w celu zebrania materiałów niezbędnych do pracy habilitacyjnej, zamierza pozostać na Zachodzie przez wiele lat” Dokument ten parafował płk Zbigniew Mikołajewski – dyrektor Departamentu I MSW. Nadano mu numer 9933. Rok założenia – 1973. Rok zdania do archiwum – 1980. Filmowano: 7.10.80.

Jedynym dokumentem całej teczki ówczesnego ks. Wielgusa podpisanym przez niego, jest napisany przez niego odręcznie „Plan badań naukowych w związku z otrzymaniem stypendium im A. Humboldta” Autor pisma oświadczał, że starania o stypendium rozpoczął w 1972 roku, złożył pozytywnie egzamin z języka niemieckiego, następnie otrzymał paszport i wizę.

Dokument ten zmusza do postawienia kilku pytań. Dlaczego w teczce ks. Wielgusa pozostawiono tylko ten plan badań, jeżeli istniały jakieś inne ważne dokumenty sporządzone przez ks. Wielgusa?

W dokumentach pojawia się tajemniczy „TW” „Adam” oraz zamiennie „Adam Wysoki”. Pojawia się w dokumencie datowanym z 24 września 1973 roku, a więc przed dokumentem sygnowanym datą 16 października o założeniu teczki rozpracowania operacyjnego. Tą samą datą 16 października jest datowany raport o przerzucie za granicę agenta o pseudonimie „Grey”. Na początku raportu jest napisane:

- Lat 34, narodowość i obywatelstwo polskie, pochodzenie chłopskie, wykształcenie wyższe – dr filozofii /ksiądz katolicki/, pracownik naukowy KUL-u /adiunkt/.

Do tego miejsca tak naprawdę nie wiadomo o kogo chodzi. Następnie pomiędzy liniami maszynopisu dopisano odręcznie: „Wielgus Stanisław Wojciech s. Adama ur. 23.04 1939″. Również odręcznie wpisano lubelski adres księdza. Takie nadpisywanie odręczne było całkowicie sprzeczne z instrukcją wywiadu PRL. Dalej następują szczegóły rodzinne, które dotyczyć mogły ks. Wielgusa. Pisano m. in.: „Za stosowanie nacisku moralnego na rodziców, których dzieci nie uczęszczają na lekcje religii, w 1965 roku został skrytykowany przez jedną z gazet wojewódzkich”.

Dwa dokumenty sporządzone tego samego dnia – 16 października 1973 mówią o dwóch rożnych osobach; jedna jest „Grey’em” czyli agentem, druga „figurantem”, czyli osobą rozpracowywaną. Pod obydwoma dokumentami widnieją podpisy tych samych esbeków: płk. Zbigniewa Mikołajewskiego i ppłk Leonarda Mroczka. Sebastian Karczewski pytał7,akcentując wagę pytania pogrubionym tekstem:

- Jak to możliwe, że w tym samym dniu Stanisław Wielgus jest jednocześnie „agentem” i „figurantem”, i w dodatku – jak wynika z dokumentów – w tej samej sprawie? Czyżby rozpracowywał samego siebie?

Dalej: zgodnie z przypisywaną ks. S. Wielgusowi kartą E-15 wynika, że do 19 grudnia 1973 roku ks. Wielgus nie figurował nawet jako tzw. „kontakt operacyjny”. Było niemożliwe w pragmatyce wywiadu, aby ktoś będąc już agentem, nie został przedtem zarejestrowany nawet jako „kontakt operacyjny”! Na status agenta nie wskakiwało się od tak sobie, z dnia na dzień. Najpierw musiał być „kontaktem”, dopiero potem otrzymywał zaszeregowanie agenta. S. Karczewski zadaje więc następne oczywiste pytanie:

– Kto zatem był agentem o pseudonimie „Grey”? Bo w świetle wspomnianych dokumentów nie mógł nim być ks. Stanisław Wielgus.

W innych fragmentach swego cyklu S. Karczewski wykazał, na podstawie analizy pierwotnej numeracji dokumentów występujących w Karcie Kieszeniowej „Jacket”, że jest ona dublowana. Przykładem są opisane wyżej dwa dokumenty: „Postanowienie…” i „Raport”. Obywa są oznaczone cyfrą 1.

„Można zatem wysunąć tezę, że dokumenty te pochodzą z dwóch rożnych teczek” – stwierdzał autor.

Fundamentalną sprzeczność wynikającą z jednoczesnego, w tym samym dniu, posługiwania się terminologią „agent” i założenia w tym samym dniu teczki rozpracowania operacyjnego fi gu ran ta — tej samej osoby- mogłaby wyjaśnić tylko odpowiedź na pytanie: czy w praktyce SB miały miejsce sytuacje, kiedy wysyłając kogoś już jako agenta za granicę, jednocześnie zakładano tej osobie kartę rozpracowania operacyjnego, aby go tam śledzić; jak się zachowuje, czy wykonuje podjęte zadania.

Tego pytania S. Karczewski nie zadał. Odpowiedzi należałoby szukać w teczkach innych agentów wysyłanych na Zachód.

Autorem podpisu „Grey” na trzech dokumentach z 1978 roku nie mógł być ks. S. Wielgus. S. Karczewski wykazał również, że autorem podpisu: „Adam Wysocki” także nie był ks. Wielgus.

W teczce ks. S. Wielgusa nie ma żadnej deklaracji współpracy podpisanej przez ks. Wielgusa.

Przed południem 5 stycznia 2007 roku abp Wielgus wydał oświadczenie, w którym czytamy m. in,

- Najgorszy był mój wyjazd do Monachium w 1978 roku. Miałem wówczas spotkanie z bardzo brutalnym funkcjonariuszem wywiadu, który wrzaskiem i groźbami, że mnie zniszczy, skłonił mnie do podpisania deklaracji współpracy z wywiadem.

Tym funkcjonariuszem był Stanisław Kubat. Ks. Wielgus stwierdzał więc, że został zmuszony groźbami i wrzaskiem do podpisania „deklaracji współpracy z wywiadem”, a media tego samego dnia i w następnych roztrąbiły, że abp Wielgus przyznał się do podpisania deklaracji o współpracy – „Umowy o współpracy”, pod którą widnieje podpis: „Grey”. Dlaczego „Grey”?

Wkrótce potem upowszechniono odezwę do wiernych Kościoła warszawskiego, w które; abp Wielgus rzekomo wyraził skruchę i przyzna- się do tej współpracy. S. Karczewski na podstawie znanych sobie źródeł stwierdzał w publikacji „N.Dz.” z 28-29 lipca 2007:

- Ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus nie był autorem odezwy, która powstała bez jego wiedzy /!! – H.P./.

Dlaczego zatem nowy metropolita warszawski podpisał się pod nią? S. Karczewski odpowiedzi na to pytanie nie dał, lecz dodawał:

- Choć posiadamy dostęp do materiałów, w których zawarta jest odpowiedź na powyższe pytanie, jako dziennikarze z „Naszego Dziennika” na razie nie chcemy ich upubliczniać. Podkreślamy – na razie…
Kiedy moja książka ukaże się w księgarniach, to „na razie” zapewne już przestanie być sekretem, my jednak nie mogliśmy czekać na wyjaśnienia, gdyż rozdział ten pisałem w ostatnich dniach sierpnia, gdy książka już szła do druku. Zdając się na ujawnienie przez S. Karczewskiego tego „na razie”, powróćmy do drobiazgowej analizy „Umowy o współpracy”, gromko upowszechnionej przez wszystkie „mendia”, jako umowy podpisanej przez ks. Wielgusa i sygnowanej pseudonimem „Grey”.

Dla umożliwienia Czytelnikom bezpośredniego prześledzenia manipulacji przy wypełnianiu tej deklaracji przez esbeków, zamieszczam jej odbitkę opublikowanym w „Naszym Dzienniku” /l 1-12 sierpnia/.

Prezentowany dokument był sporządzony albo przez dyletanta, choć podpis pracownika, wprawdzie nieczytelny, mógł sugerować tegoż brutala Kubata, czyli fachowca co się zowie, albo został celowo spreparowany.

Po pierwsze, zwrot:

- „Ja Grey Wielgus Stanisław syn Adama urodzony 23.04 1939 r.” jest napisany odręcznie bez „Ja”, napisanego uprzednio na maszynie. Wszystkie występujące tam wyrazy i cyfry nie mają cech charakteru pisma ks. Wielgusa.

- Po drugie: „Grey” był napisany innym charakterem pisma niż pozostałe odręcznie napisane człony tego wpisu. Wystarczy choćby porównać litery „G” w słowie „Grey” i w słowie „Wielgus, gdzie litera „G” jest napisana przez duże „G”, choć nie powinna być tak napisana, bo występuje w środku wyrazu! Czyżby ks. Wielgus nie wiedział, że to duże „G” to dziwoląg w środku jego nazwiska? Obydwie litery są ponadto całkowicie inaczej napisane, co Czytelnik może łatwo potwierdzić na reprodukcji.

- Po trzecie: nazwisko „Wielgus” zostało napisane dużymi literami. Fałszerz wiedział, że podpis posiadacza nazwiska jest łatwy do potwierdzenia lub wykazania jako falsyfikatu, natomiast wpis literami „drukowanymi” jest trudniejszy do identyfikacji, choć grafolog bez większego wysiłku radzi sobie nawet z anonimami napisanymi w całości literami „drukowanymi”. Autorzy anonimowych informacji lub donosów, w obawie przed identyfikacją bardzo często piszą swoje donosy literami „drukowanymi”, „dużymi”.

- Po czwarte: W dokumencie zwanym „Kartą Kieszeniową” /zamieszczam jej reprodukcję/, litera „G” w rubryce „Kryptonim sprawy” /a nie kryptonim agenta/ oraz litera „G” w rubryce „Nazwisko i i imię głównego figuranta” / a nie agenta/ w nazwisku „Wielgus” – są identyczne, napisane przez tę samą rękę, natomiast są rażąco inne niż „G” w „Umowie o współpracy.”

To nie wszystkie zagadkowe „nieścisłości”. „Umowa o współpracy” jest szablonowym formularzem, w rubrykach określających personalia agenta, mamy także zadziwiające odstępstwa.
1. Kolejność danych. Powinno być: „Ja Stanisław Wielgus”, a dalej ewentualnie „Grey”. Umieszczenie na pierwszym miejscu pseudonimu agenta przed imieniem i nazwiskiem jest w tej rubryce całkowicie nieprawidłowe, nie stosowane w „Karcie Kieszeniowej”.

2. Pseudonim „Grey” powinien być wpisany na końcu tekstu formularza w zarezerwowanej na ten cel linii ciągłej wpisanej maszynowo.

3. Rubryka ta na tym egzemplarzu „Karty Kieszeniowej” pozostaje jednak pusta, co jest równie zadziwiającym odstępstwem.

4. „Grey” pojawia się natomiast na linii daty zobowiązania, a tam właśnie nie wpisywano pseudonimu agenta, tylko jego imię i nazwisko.

I ostatnia niepojętna sprzeczność. Zobowiązanie do współpracy rzekomo pozyskany agent podpisał pseudonimem „Grey”, a jest to kryptonim sprawy założonej dla „figuranta”, czyli osoby poddanej inwigilacji! S. Karczewski mając przed sobą oryginał „Umowy o współpracę” stwierdził coś intrygującego w najwyższym stopniu, a czego nie możemy dostrzec w kopii na papierze gazetowym:

- Powyższe uwagi nie są jedynymi znamionami fałszerstwa tego dokumentu. Można się go dopatrzyć również w wyjątkowo rzucającym się w oczy przerabianiu daty sporządzenia umowy w prawym górnym rogu. Polega ono na zamalowaniu daty wydrukowanej i wpisaniu odręcznie dnia i miesiąca obok wydrukowanego roku. Dokładnie takie same ślady ingerencji nosi „Instrukcja” również podpisana przez „Greya”. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że na wszystkich dokumentach w tym zbiorze, miesiąc wpisywany był na maszynie. Jedynymi wyjątkami są: „Umowa o współpracy” oraz „Instrukcja”. Przypadek? Trochę dziwny, zważywszy, że takich śladów nie posiada trzeci dokument podpisany rzekomo tego samego dnia przez „Greya”- „Umowa o łączności”.

Dalej S. Karczewski pyta:

- …Czy powyższe mankamenty zostały przeoczone przez Kościelną Komisję Historyczną? Z posiadanych przez nas informacji wynika, że dokument ten wzbudził wątpliwości jej członków. Nie tylko ich. W pierwszych dniach stycznia ks. Piotr Libera, ówczesny sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Polski, zgłosił zastrzeżenia dotyczące wspomnianej „Umowy o współpracy” i podpisu „Grey” przewodniczącemu Kościelnej Komisji Historycznej prof. Wojciechowi Łączkowskiemu. Co stało się z odpowiedzią? Dlaczego Kościelna Komisja Historyczna nie ustosunkowała się do tych wątpliwości, choć wyjaśnienie ich wydawało się niezbędne? Czyżby dlatego, że mogłoby to znacznie zmienić fałszywie wykreowany przez media pogląd na sprawę?

Na koniec tego „śledztwa” należy rozważyć sytuację, w której „Grey” to rzeczywiście ks. S. Wielgus. I tu wyłania się szyderczy paradoks. „Grey”, o którym piszą esbecy, wystawił do wiatru całą tę lubelsko-warszawską Bezpiekę, zagrał im na nosie, osiągnął swój cel – pobyt naukowy w RFN i w zamian ani jednego donosu, ani jednego raportu, teczka pusta pod tym względem!! Legion medialnych psów gończych nie był w stanie, przy kreciej, fanatycznie „antywielgusowej” kwerendzie pracowników IPN – wyszperać choćby jednego donosu!

Oto w raporcie z 10 marca 1977 roku płk Kubat przechwala się, że „zrealizowano wszystkie przedsięwzięcia zawarte w planie i przerzucono agenta do RFN w celu wprowadzenia go do obiektu „Szerszenie”.8 /…/ „Grey” powrócił do kraju po sześciomiesięcznym pobycie za granicą”.

Dalej płk Kubat stwierdzał, iż „Grey” zajmował się w RFN pracą naukową i duszpasterską i choć wysłano go z myślą m.in. „Szerszeniach”, nie ma najmniejszego śladu takich prób.

8 „Szerszenie” to kryptonim Radia Wolna Europa, do której chcieli wprowadzić „Greya”. Nic z tego nie wyszło. „Grey” po powrocie skarżył się im, że nie docenił trudności z tym związanych. W rzeczywistości nawet nie podjął takich prób.- W naszych założeniach kontakty te miały ułatwić zrealizowanie zadania docelowego, to jest stałego osiedlenia się w Monachium z zachowaniem posiadanego statusu na-ukowo-społecznego poprzez objęcie pracy w tamtejszym uniwersytecie lub monachijskim Instytucie Historii Europy Wschodniej, co miało doprowadzić do jego pośredniej lub bezpośredniej współpracy z RWE.

Potem w tym długim „Raporcie” płk Kubat opisuje pracę „Greya” w parafii rzymsko-katolickiej w Monachium, odprawianie Mszy św. i głoszenie kazań w języku niemieckim w tej parafii /przy ul. Waldschilstrasse Al: uczestniczył w klubowych spotkaniach uniwersyteckich, itd., lecz pomimo tych „sukcesów” „Greya”, nieoczekiwanie następuje miażdżąca dyskredytacja skuteczności „Greya”:

- Oceniając całokształt sprawy uważam, że „Grey” nie spełnił zadań, które przyjął do wykonania przed wyjazdem za granicę. Zachował bierność i daleko idącą ostrożność na odcinku realizacji zadań szczegółowych: brak na-prowadzeń, zupełna pasywność na odcinku nawiązywania znajomości z ludźmi wchodzącymi w zakres naszego zainteresowania, zignorował zupełnie zadanie rozpracowania ukraińskich ośrodków nacjonalistycznych w Monachium, itd. Zwrócono mu na te elementy uwagę. Prosił o wyrozumiałość, jeżeli nas zawiódł to nie zrobił tego celowo. Tak się ułożyły warunki obiektywne, że liczył na wiele, a okazało się, że nie jest to takie łatwe. Podkreślił, że mógłby zostać wikariuszem lub proboszczem na jednej z parafii monachijskiej, ale byłaby to dla niego degradacja społeczna, której by sobie nigdy nie wybaczył…

Jak wytłumaczyć tę sprzeczność: „Grey” był znakomity, dyspozycyjny, wykonał „wszystkie przedsięwzięcia zawarte w planie”, ale… nie wykonał niczego!

Jeżeli wykluczyć, że płk Kubat9 pisał ten „Raport” po dużej wódce, to pozostaje jedyny logiczny wniosek: „Grey” to jakaś „podstawka” pod innego agenta, z tym samym zapożyczonym pseudonimem. A jeszcze pewniej: to jakaś koronkowa mistyfikacja Bezpieki; przypisywanie ks. Wielgusowi pseudonimu „Grey” na dokumencie jawnie spreparowanym, jednocześnie nadanie mu pseudonimu „Adam Wysocki”; manipulacje przy innych dokumentach naruszających pragmatykę sporządzania takich dokumentów. To w sumie „czeski film”, który musi zostać kiedyś wyjaśniony nie tylko dla dobra abp. S. Wielgusa, lecz również jako wyzwanie śledcze dla historyka, uczciwego dziennikarza czy dziennikarzy.

Słowem – ks. S. Wielgus, mówiąc językiem młodzieżowym „zrobił w bambuko” lubelską Bezpiekę i płk S. Kubata z MSW. Swoje osiągnął, nie sporządził żadnego donosu, żadnego „Raportu”, co potwierdził sam płk Kubat.

Zestawmy teraz obok siebie dwie rażąco odmienne miary, jakie zastosowali ci sami ujadacze w odniesieniu do abp. S. Wielgusa oraz do modernisty, „poprawiacza” Ewangelii ks. prof. Michała Czajkowskiego, który okazał się wybitnym kapusiem, autorem kilkuset donosów na konkretnych ludzi. Starano się za pomocą żenujących łamańców werbalnych relatywizować do-nosicielski amok i dorobek ks. prof. Czajkowskiego, jednocześnie bez pod-stawnie wyolbrzymiać „agenturalność” ks. S. Wielgusa. Oto „tropikalny” prof. Andrzej Friszke”, były członek kolegium IPN, w „Gazecie Wyborczej” przyznawał, że „Nie dysponujemy konkretnymi dowodami aktywności księdza Wielgusa, na przykład szczegółowym meldunkami”, a mimo to ośmielał się porównać teczkę ks. Wielgusa z agenturalnym dossier ks. prof. Czajkowskiego. Tymczasem różnica między obydwiema „teczkami” polegała choćby na tym, że ta dotycząca ks. Wielgusa zawierała 60 kart, tymczasem „dorobek” agentu-ralny ks. Czajkowskiego, jak obliczył S. Karczewski — „blisko piętnaście razy więcej” (około 900 kart!).

W tym samym numerze tej samej oszczerczej manipulacji dopuścił się Marek Lasota, także historyk IPN, autor książki „Donos na Wojtyłę”. Przyznał podobnie jak pozostali egzekutorzy z medialnych plutonów egzekucyjnych, iż „Nie dysponujemy konkretnymi meldunkami, jakie sporządził agent o pseudonimie «Grey», ale usiłuje przekonać czytelników „GW”, że dowodami współpracy księdza są dokumenty wyprodukowane przez esbeków ,wiedząc dobrze, że takie wypracowania esbeków nie są roztrzygającymi dowodami. Rozstrzygające byłyby raporty agenta, a takowych brak w teczce ks. Wielgusa. Lasota z góry zakładał, że takie dokumenty istnieją, tylko nie zostały jeszcze odnalezione:

— Sądzę, że ich odnalezienie jest kolejnym zadaniem dla dwóch komisji, które obecnie zajmują się sprawą abp. Wielgusa. Cyniczny popis faryzeizmu dał kilkakroć cytowany tu Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny „Więzi”. Po przejrzeniu dokumentów ks. prof. Czajkowskiego, w telewizyjnym programie Moniki Olejnik „Prosto w oczy” z 12 lipca 2006 r., Z. Terlikowski wił się:

- Wszyscy mielis’my wrażenie takiej stuprocentowej pewności/…/ Dopiero później okazuje się, że to jest jednak wizerunek kreowany przez SB i kiedy wykonywaliśmy nasze opracowanie, postanowiliśmy nie tylko opisywać fakty, ale przede wszystkim rozmawiać z ludźmi, którzy są tam wymienieni. Przede wszystkim z księdzem Czajkowskim, ale nie tylko z nim. /…/ Dodać pewne cienie, niuanse do całej tej rzeczywistości.

Dlaczego więc teczka ks. Czajkowskiego licząca 900 kart, z setkami jego donosów, wymagała jeszcze rozmów z ks. Czajkowskim, a teczka ks. Wielgusa już nie wymagała rozmów z obwinionym, nie potrzebowała szukania „cieni”, „niuansów”? Co do miażdżących faktów z teczki ks. Czajkowskiego, Terlikowski stwierdzał:

- ten tekst budził duży sprzeciw ze względu na pewien radykalizm, na pewną brutalność, którą reprezentował, i miałem nadzieję, że ten obraz nie będzie tak zły. Myślę, że /…/ ten tekst Witkowskiego szedł za daleko. Nie ma powodu, żeby tak daleko idących wniosków formułować.

Dlaczego więc teczka ks. Wielgusa nie budziła wątpliwości? Nie „budziła sprzeciwu”, tylko pozwoliła natychmiast użyć maczugi przeciwko skazanemu?

Paradą „mendialnych” kłamstw i manipulacji były komentarze wokół rezygnacji abp S. Wielgusa z funkcji metropolity. Kiedy nuncjatura oficjalnie poinformowała 7 stycznia o tej rezygnacji, natychmiast ruszyły do boju „mendia”. Orzekły, że to papież „zmusił” metropolitę do rezygnacji. Było to jawnym kłamstwem. Okazało się potem, że Benedykt XVI przyjął rezygnację abp. Wielgusa, ale go nie „odwołał”, jak zapewniały rozpylacze kłamstw: TVN 24,”Rzeczpospolita”, „Gazeta Wyborcza”. Pryncypialnym Judaszem – w pełni świadomie używam tego określenia – okazał się bp T. Pieronek, który w „GW” z „troską” oznajmił:

- Fakt interwencji Stolicy Apostolskiej, która prawdopodobnie poprzedziła ostateczną decyzję, jest rzeczą bez precedensu. W dziejach Kościoła nie pamiętam takiego przypadku. Szybka i zdecydowana reakcja wskazuje, że Watykan nie miał pełnej wiedzy o przeszłości kandydata. Trudno jednak dziwić się temu.

W te same tony faryzejskiej ulgi uderzył abp T. Gocłowski, który w rozmowie z Jackiem Kurskim /tak się składa, że wszyscy z tej trójki to „nietutejsi” powiedział:

- Benedykt XVI zrobił chirurgiczne cięcie i operacja się udała. Zrobił to, bo my – Kościół w Polsce – milczeliśmy i dopuściliśmy się w sprawie przeszłości abp Stanisława Wielgusa pewnych zaniedbań…

Obaj „egzekutorzy” poetycko ubarwiali już wydane wyroki mediów. Czynili to świadomie, wbrew oficjalnemu komunikatowi Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, jak i oświadczeniu Prezydium Konferencji Episkopatu Polski. „Dziennik” łgał w tytule: „Papież zapobiegł hańbie Kościoła”, a bp Gocłowski to kłamstwo ubrał w metaforę o „cięciu chirurgicznym” dokonanym przez papieża. Jan Rokita /PO/ cieszył się: „Wierni wygrali z arcybiskupem”, a dyżurny farezeusz z „komisji” Janusza Kochanowskiego dekretował: „hierarchowie otrzymali bardzo gorzką lekcję”. Nie zabrakło w tym chórze również osławionego ks. K. Sowy, który szedł tym samym tropem „operacji chirurgicznej” dokonanej w ostatniej chwili:

- Autorytet Kościoła został w pewnej mierze uratowany dopiero „interwencją” samego papieża/…/ Rzym przemówił dziś bardzo wyraźnie: nie można w imię własnych ambicji i jakichś osobistych interesów narażać Kościoła na kryzys…

Marta Bolko z „Super Expressu” stwierdzała, przypominając paragraf 2 kanonu nr 401 Kodeksu Prawa Kanonicznego;

- Tym samym hierarcha przyznaje, że rezygnacja była decyzją Watykanu.

„Hierarcha” nic takiego nie przyznawał. Po prostu zrezygnował w atmosferze kamienowania i dywanowych nalotów koszer-„mendów” pełnych kłamstw i przeinaczeń, sprzecznych ze „świstkami” spokojnie drzemiącymi w teczce abp Wielgusa, nad którymi pochylił się uważnie i obiektywnie, dopiero kilka miesięcy później dziennikarz „Naszego Dziennika”.

Żadna „odsiecz” dla egzekutorów nie przyszła z Rzymu. Papież nie zapoznał się z dokumentami IPN ani w sobotę 6 stycznia, ani „w nocy” z soboty na niedzielę, gdyż dokumenty te dostarczył do Watykanu minister Gosiewski dopiero w niedzielę – 7 stycznia. Szóstego stycznia nie mogła zapaść żadne decyzja papieska, nie mogło zostać wykonane żadne „chirurgiczne cięcie”, gdyż w oficjalnym biuletynie Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej z 6 stycznia, w rubryce „Rezygnacje i Nominacje”, nie pojawiła się żadna wzmianka w sprawie abp Wielgusa. Nie pojawiła się również dnia następnego – 7 stycznia, gdzie ukazał się jedynie komunikat Nuncjatury Apostolskiej w Polsce, ale nie komunikat Stolicy Apostolskiej w tej sprawie.

Wyłania się dręczące pytanie: dlaczego z „dokumentami” o abp. Wielgusie poszybował do Watykanu Przemysław Gosiewski, członek ścisłego grona „loży” Prawa i Sprawiedliwości? Toć to człek świecki. Dlaczego wyręczył Episkopat Polski, jego instancje?

Mało tego. Dokonała się osobliwa „nocna zmiana” – bis w Pałacu Prezydenckim. Zebrali się tam wieczorem 6 stycznia: prezydent Lech Kaczyński, nuncjusz T. Kowalczyk, abp Józef Michalik i ks. bp Piotr Libera – sekretarz generalny Konferencji Episkopatu. Do dziś nie wiadomo, jaki był cel i konkluzje tego spotkania, Po co duchowni pognali „na dywanik” do prezydenta, a nie zebrali się we własnym gronie, bo to przecież całkowicie wewnętrzna i suwerenna sprawa Kościoła /jeszcze/ katolickiego w Polsce?

Pośrednie wyniki i konkluzje tej drugiej „nocnej zmiany” mogliśmy podziwiać w katerze św. Jana, kiedy to po ogłoszeniu rezygnacji przez metropolitę abp. Stanisława Wielgusa, prezydent L. Kaczyński z radością zaczął klaskać, lecz natychmiast przerwał po dyskretnym kuksańcu, jaki na oczach setek tysięcy teleoglądaczy otrzymał od swojej czcigodnej Małżonki, Pierwszej Damy Czwartej RP.

Jeżeli więc przyjąć, że w „Czwartej RP” nareszcie zaczęło rządzić prawo i sprawiedliwość, to jest to prawo i sprawiedliwość rasy wyraźnie wyższej, innej „nietutejszej”. Rządzi ona wszystkim, od nominacji pałacowych, po /niektóre?/ nominacje kościelne. Tym końcowym rozdziałem mojej książki potwierdzam ponurą prawdę pozostałych rozdziałów tej pracy, że Polacy wciąż żyją na smyczy i obroży z kolczatką. Obie są niewidzialne, lecz jakże bolesne, poniżające.

za: //komitetnarodowy.pl/


//konwentnarodowypolski.wordpress.com/2014/03/26/jak-ukamienowali-abp-stanislawa-wielgusa-cz-2/

 

KOMENTARZE

  • ----------- PATRIOTA gnębiony
    http://monitorpolski.wordpress.com/2012/02/05/wydarzenia-i-komentarze-5-lutego-2012r/
  • Tfu... esbeckie wyPOciny !
    To byl kapus SB i chwala sp.prezydentowi i 'GP',ze 'zalatwili kapusia SB !
  • *** Jak UKAMIENOWALI abp. STANISŁAWA WIELGUSA – cz.1. !!!
    .
    http://i62.tinypic.com/azf7tc.jpg

    .
    „W czasach ŻYDOBOLSZEWICKIEJ PRL niepokornych KSIĘŻY MORDOWANO FIZYCZNIE. W czasach „CZWARTEJ RP” proklamowanej przez KACZYŃSKICH, DUCHOWNYCH się nie LIKWIDUJE FIZYCZNIE, tylko KAMIENUJE MORALNIE, to znaczy AMORALNIE.” !!!
    ________________________________________

    Łajdacki spisek przeciwko temu duchownemu uknuto dlatego, że rządzącym w „Czwartej RP” judaszom i faryzeuszom był on wyjątkowo niewygodny w funkcji metropolity warszawskiego. Syn chłopa z wielodzietnej rodziny. Wybitny filozof, katolickiej ortodoksji fundamentalista. No i patriota polski. Śmiało w swych pracach naukowych, homiliach demaskujący współczesny libertynizm, „otwieranie” Kościoła na niszczycielski modernizm i ekumenizm, który jest niczym innym jak globalizmem na gruncie religii.
    (…)
    Wrogowie Kościoła, bo przecież nie wrogowie samego Arcybiskupa, z uciechą zacierali pulchne łapki na czele z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Zarówno wrogowie jak i wierzący w Polsce otrzymywali dowód, że w „naszym kraju” już nie istnieje solidarna wspólnota Kościoła hierarchicznego A tym samym nie istnieje, bo nie może z tego właśnie powodu istnieć wspólnota wiernych. Ci byli jednak usprawiedliwieni, choć tylko częściowo. Urządzono im spektakl kłamstw i oszczerstw, po którym mógł zwątpić w prawdomówność i postawę Arcybiskupa niemal każdy. Tylko, że wspólnota wiernych polega chyba głównie na tym, że nawet winnemu hierarchowi przynależy się solidarność -wiernych. To przecież warunek istnienia takiej wspólnoty. I właśnie jej zabrakło.

    Tak zgnojono, tym razem fizycznie, biskupa Czesława Kaczmarka w 1951 roku, oskarżonego o „szpiegostwo”, a na dokładkę o „współpracę z hitlerowcami” – wtedy najgorsze przestępstwa z wszystkich możliwych. Wtedy właśnie wdeptał biskupa Kaczmarka w ziemię Tadeusz Mazowiecki, publicysta „Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego”, publikacją z 27 września 1953 roku. Pisał „ w imieniu polskich katolików”. Napisał o księdzu biskupie C. Kaczmarku jako dywersancie Polski Ludowej, działającym na szkodę Kościoła w Polsce.

    To norma, klasyka: najbardziej są zatroskani „dobrem” Kościoła właśnie „nietutejsi” usadowieni w organizacjach, strukturach i mediach „katolickich”. Tak było wtedy, tak było i teraz w przypadku arcybiskupa Wielgusa. Najbardziej furiacko, acz zawsze z „zatroskaniem” atakowali Arcybiskupa faryzeusze z prasy „katolickiej”; z „katolickiej” „Więzi”, z „katolickiego” „Tygodnika Powszechnego”. Były najbardziej niebezpieczne, bo pozorowały głosy oburzenia z wewnątrz struktur kościelnych.

    Z księdzem abp Stanisławem Wielgusem stało się później dokładnie tak, jak z monstrualną prowokacją w Jedwabnem. Zawaliło się całe kunsztowne rusztowanie, na którym wznieśli szubienice dla Polaków z Jedwabnego i szubienicę dla księdza abp Wielgusa, ale wyrok został utrzymany, poszedł w świat, zabalsamowany in secula seculorum.

    Bo Arcybiskup wbrew temu co z góry okrzyknięto, nie przyznał się do winy, do współpracy z Bezpieką. Nie udowodniono mu podpisania dokumentu o współpracy. Nie znaleziono ani jednego raportu księdza Wielgusa w dokumentacji esbeckiej. Nie potwierdziły się oskarżenia „Gazety Polskiej”. Nie potwierdziły się oskarżenia tzw. „Komisji Kościelnej”, bo i praktycznie nawet nie wiadomo, kto spreparował jej komunikat końcowy. Nie potwierdziły się „ustalenia” tzw. „Komisji Historycznej” powołanej przez „rzeźnika” praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego w składzie, który gwarantował sporządzenie komunikatu zgodnego z oczekiwaniem wrogów Kościoła i Polski. Postaramy się to omówić, krok po kroku, kłamstwo po kłamstwie, prowokacja po prowokacji.Pierwszą salwę w kierunku abp Wielgusa oddał tygodnik „Gazeta Polska”, piórem jej redaktora naczelnego Tomasza Sakiewicza. „Gazeta Polska” jest prostą kontynuacją żydomasońskiej „Gazety Polskiej” kierowanej poprzednio przez Piotra Wierzbickiego.

    Przez szereg lat zręcznie udawał on wraz ze swoją gazetą orientację propolską, antykomunistyczną, reformatorską. Z antykomunizmu szybko wylazło antykatolickie żydło z worka, a kiedy „GP” została jednoznacznie rozpoznana przez polskich czytelników jako żydomasońska fałszywka, jej poczytność gwałtownie spadła. Wierzbicki odszedł z redakcji, na jego miejsce nastał Tomasz Sakiewicz. Jego wizytówką polityczną i zwłaszcza moralną z zakresu etyki dziennikarskiej stał się stek bezpodstawnych w świetle dokumentów, ataków na arcybiskupa S. Wielgusa. Poczytność tygodnika gwałtownie wzrosła, a pod koniec lata znów poszybowała w dół razem z „aferą” abp Wielgusa.
    (…)
    http://konwentnarodowypolski.wordpress.com/2014/03/21/1280/
  • *** Prof. Anna Raźny: „PIS czyli FAŁSZYWA CHRZEŚCIJAŃSKA AKSJOLOGIA” !!!
    .
    http://i58.tinypic.com/1z2kuab.jpg


    .
    .
    „ANALIZA ważniejszych ANTYCHRZEŚCIJAŃSKICH DZIAŁAŃ *PIS* mówi BARDZO WIELE:

    CHRZEŚCIJAŃSTWA i JEGO WARTOŚCI MUSIMY BRONIĆ NIE TYLKO przed NWO i JEGO IDEOLOGIAMI, TAKIMI jak GENDER, ale RÓWNIEŻ przed PARTIAMI POLITYCZNYMI, które WARTOŚCIAMI TYMI MANIPULUJĄ dla OSIĄGNIĘCIA POZACHRZEŚCIJAŃSKICH CELÓW” !!!
    _________________________________________________

    Lech Kaczyński i jego partia nie tylko stracili okazję, aby uczynić z Polski bastion chrześcijaństwa w Europie XXI wieku, ale przyczynili się walnie do jej przekształcenia cywilizacyjnego – w kierunku perspektywy ateistycznej.

    Parafrazując najbardziej znane hasło, jakie podał w pierwszej polskiej encyklopedii – Nowych Atenach –Benedykt Chmielowski, można powiedzieć: PiS jaki jest, każdy widzi. Jednakże jego wielomilionowy katolicki elektorat nie chce widzieć podwójnej, fałszywej aksjologii tej partii i podwójnych jej standardów, co ma poważne konsekwencje nie tylko w sferze polityki i moralności, ale również cywilizacji. Z podwójności owej wynika bowiem brak perspektywy cywilizacyjnej, fundamentalnej dla przyszłości nie tylko Polski, ale również Europy. Jest on widoczny zarówno w programie tej partii, jak i – nade wszystko – w jej działaniach. Z jednej strony widzimy w sferze retoryki-teorii częste odniesienia do cywilizacji łacińskiej, wartości chrześcijańskich, tradycji polskiego katolicyzmu, nauczania Jana Pawła II, z drugiej – brak ich w praktyce politycznej, szeroko pojętym działaniu – nade wszystko w sferze ustawodawstwa. Jest to brak rażący w zestawieniu z aspiracjami tej partii, odwołującej się – nie tylko w swej nazwie, ale także w różnych swoich programach – do prawa jako fundamentu współczesnego państwa. Rażący tym bardziej, że w swej retoryce PiS kieruje się szczególną wrażliwością jej odbiorcy. Jest to wrażliwość polskich katolików. Ta nieadekwatność miedzy teorią i działaniem jest przez nich akceptowana, gdyż retoryka PiS ma chrześcijański – katolicki kod, który jest obcy programom innych partii bądź obecny w nich śladowo. Nieadekwatność, którą w sferze wartości nazwiemy fałszem aksjologicznym bądź podwójną moralnością, wskazuje na to, iż retoryka tej partii ma charakter propagandowy, zaś jej chrześcijański kod ma znaczenie instrumentalne. Dzięki niemu bowiem PiS osiąga coś, co w koncepcji manipulacji i propagandy Eduarda Hermana i Noama Chomsky’ego nazywa się produkowaniem zgody. W tym wypadku zgody katolickiego elektoratu w Polsce na to, aby reprezentowali go ludzie tej partii. Archetypiczne ujęcie takiej postawy dał Fiodor Dostojewski w Braciach Karamazow w postaci Wielkiego Inkwizytora, pragnącego urzeczywistnić idee dziewiętnastowiecznego socjalizmu – Królestwo Boże na ziemi bez Boga. Dostojewski pokazał, jak można zniewalać ludzi w imię ducha niebytu, wykorzystując chrześcijańskie symbole i Ewangelię. Wielki Inkwizytor posługuje się bowiem krzyżem i odwołuje do wizji ewangelicznego Królestwa Bożego, a jednocześnie występuje przeciwko Chrystusowi, którego naukę odrzuca w imię nowego, socjalistycznego porządku świata. Symbolizuje on mechanizm zniewalania duchowego przybierającego pozór realizacji wartości najwyższych. Jest to zniewalanie wyrafinowane, odbywające się w imię nie kwestionowanego dobra najwyższego.

    Wykorzystywanie katolickiego kodu i katolickich mediów do „produkowania” zgody katolików na działania niezgodne z nauczaniem Kościoła Katolickiego ma głębsze znaczenie. Jest bowiem „produkowaniem” fałszywej świadomości katolików, utwierdzaniem ich w przekonaniu, że działanie może różnić się od deklarowanych intencji, że ograniczająca się do retoryki tożsamość reprezentującej ich partii jest czymś normalnym. Takie przekonanie rodzi jeszcze jedno niebezpieczeństwo: brak odpowiedzialności za dokonania niezgodne z katolicką doktryną wiary. Brak oznaczający infantylizację sfery politycznej i jednocześnie całej sfery społecznej. Skutki stosowania podwójnych standardów w polityce rzutują na charakter cywilizacji, która na naszych oczach odrywa się od chrześcijańskich korzeni i buduje nowy swój kształt na fundamencie nowych ideologii, z których najsilniejszy jest genderyzm. Natomiast skutki demonstrowania podwójnej moralności to nie tylko demoralizacja społeczeństwa, ale również próba „fabrykowania” jego zgody na to, że w polityce nie ma żadnych świętości, a zatem – jak określa taką sytuację jeden z bohaterów Dostojewskiego – wszystko jest dozwolone.

    Negatywne skutki podwójnej, a więc fałszywej aksjologii i podwójnych standardów PiS są na tyle znaczące, że podejmowane próby ich przemilczenia bądź przesłonięcia wizją katastrofy smoleńskiej jako zamachu wydają się dziecinne. Zakładają bowiem niezdolność Polaków do refleksji i krytycznej oceny wydarzeń, jakie nastąpiły w Polsce po 1989 roku. Dziwi więc wysiłek zwłaszcza katolickich publicystów, historyków, socjologów, a nawet filozofów i teologów, którzy uprawiają pisowską narrację historyczną i usiłują katastrofą przesłonić prawdziwe oblicze tej partii. Historycznego bowiem już znaczenia nabrały jej działania w okresie V kadencji sejmu, gdy miała ona pełnię władzy – nie tylko w parlamencie, ale również w Belwederze – i w następnych kadencjach. Świadectwem tych działań było głosowanie przytłaczającej ilości członków PiS przeciwko życiu, gdy z inicjatywy LPR podjęto w sejmie nowelizację konstytucji w celu umieszczenia w niej zapisu o ochronie życia od momentu poczęcia do naturalnej śmierci. Wstrzymało się wówczas lub nie głosowało 94 posłów PiS (109 posłów PO) z władzami partii na czele. Inicjatywę poparł w całości jedynie klub LPR. Władze PiS przyrzekały wprawdzie powrót do tej inicjatywy, ale jednocześnie robiły wszystko – m.in. wykorzystując służby specjalne do prowokowania afer – aby koalicja z LPR i Samoobroną jak najszybciej się rozpadła, co musiało spowodować samorozwiązanie sejmu i przyspieszone wybory. W przeprowadzeniu tej akcji PiS uzyskał całkowite poparcie głównych partii opozycyjnych – PO i SLD. Rozwiązując sejm, PiS zaprzepaścił bezpowrotnie ideę konstytucyjnej ochrony życia w Polsce. Traktat Lizboński, obejmujący Kartę Praw Podstawowych, nie dawał bowiem szans na powrót do niej, szans takich nie dawał również istniejący od 2007 roku układ sił politycznych w Polsce – nie do naruszenia.

    Gdy zaś doszło do ewenementu i pod koniec VI kadencji sejmu (w 2011 roku) poddano głosowaniu projekt ustawy chroniącej życie od naturalnego poczęcia do naturalnej śmierci – przygotowanej przez organizacje pro-life, które uzyskały dla swej inicjatywy podpisy 600 tysięcy Polaków – PiS dał kolejne świadectwo swej fałszywej aksjologii chrześcijańskiej i fałszywej moralności. Nie wprowadził bowiem dyscypliny klubowej w tym głosowaniu, co sprawiło, że 10 jego posłów nie wzięło w nim udziału. Zabrakło wówczas jedynie 5 głosów, aby ustawa została uchwalona (186 za, 191 przeciw). To, że PO w większości zagłosowała przeciw, było do przewidzenia, bo ta partia nie miała i nie ma w programie ochrony życia poczętego, rzadko odwołuje się do chrześcijańskich wartości, nie jest lansowana w katolickich mediach jako reprezentant polskich katolików. Natomiast PiS, który ochronę tę uczynił w teorii jednym ze swych celów, w działaniu ponownie jej zaprzeczył.

    Dziś można wysunąć tezę, że partia ta świadomie pozbawiła Polaków możliwości nowelizacji konstytucji we 2007 roku. Teza ta jest tym bardziej uzasadniona, gdyż jednocześnie rząd PiS od początku popierał Traktat Lizboński i na konferencji międzyrządowej UE prezentował wówczas w imieniu Polski pełną akceptację jego tekstu. Zgadzał się z brakiem odwołania do Boga w preambule i odrzuceniem dziedzictwa chrześcijańskiego w budowie nowej, ateistycznej Unii. Zgadzał się na to, ze chrześcijaństwo i jego wyznawcy oraz jego symbole – nade wszystko krzyż – nie będą chronione w sytuacji, gdy ochronie podlegać będą wszystkie mniejszości – a więc także ich kultura oraz głoszone przez nie różne ideologie, np. gender. Prawda logiczna, którą w pisowskiej narracji historycznej się pomija, jest oczywista: antychrześcijańska ideologia gender niszczy cywilizację łacińską, ponieważ prawo unijne – Traktat Lizboński – nie chroni wartości chrześcijańskich, które tę cywilizację ukształtowały. Wobec nowej perspektywy cywilizacyjnej, przed jaką stanęła Europa, wydawałby się czymś oczywistym program naprawy popełnionych błędów przez partię, która w swej retoryce używa nadal chrześcijańskiego kodu. Program działania w nowej, rozpoczynającej się w 2014 roku kadencji europarlamentu, na rzecz unieważnienia Traktatu Lizbońskiego, bądź wprowadzenia do niego zapisów podtrzymujących cywilizację łacińską – o ochronie wartości chrześcijańskich, życia od naturalnego poczęcia do naturalnej śmierci, tradycyjnej rodziny, definicji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety. To powinno być zadaniem wszystkich katolickich parlamentarzystów, którzy na gruncie prawa winni walczyć z genderyzmem, nie zaś wyłącznie popisywać się w mediach i na różnych konferencjach antygenderowymi mowami. PiS nie ma jednak najmniejszego zamiaru podjąć się tego zadania. Jest bowiem pewny swego zwycięstwa w eurowyborach 2014 roku i to mu wystarcza. Nie musi nawet – zgodnie ze swoją fałszywą aksjologią. – formułować programu działania na rzecz wartości chrześcijańskich w europarlamencie, bo go nigdy nie miał, a poparcie katolickiego elektoratu i tak otrzymywał dzięki manipulacji tymi wartościami i budowanej na nich propagandzie.

    Obecnie można wysunąć także drugą tezę: że z inicjatywy PiS rozwiązano w 2007 roku polski parlament dla ratyfikacji Traktatu. Liderom partii dokonujących samorozwiązania chodziło o to, aby tekst Traktatu nie został poddany debacie sejmowej i wiedza na jego temat nie dotarła do wyborców, zwłaszcza katolickich. Z dzisiejszej perspektywy walka LPR i Samoobrony o przedłużenie V kadencji sejmu przynajmniej o kilka miesięcy była próbą zachowania jego trybuny do walki z tą ateistyczną konstytucją unijną.

    Podpisanie przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Traktatu Lizbońskiego, ratyfikowanego przez polski sejm VI kadencji dzięki głosom posłów PiS-u, było gwoździem do trumny chrześcijańskiej Europy. Polska przestała być w niej przedmurzem chrześcijaństwa. Jeśli mówimy, że ikoną wierności chrześcijaństwu w Europie jest po dzień dzisiejszy Jan III Sobieski, to Lech Kaczyński jest jej zaprzeczeniem. Dramatem polskich katolików – nieświadomych tego w pełni – jest fakt, że decydującą rolę w tym odejściu od postawy wierności odegrała nie lewica i środowiska liberalno-demokratyczne, ale właśnie PiS, który miał ich reprezentować w sejmie i UE. Lech Kaczyński i jego partia nie tylko stracili okazję, aby uczynić z Polski bastion chrześcijaństwa w Europie XXI wieku, ale przyczynili się walnie do jej przekształcenia cywilizacyjnego – w kierunku perspektywy ateistycznej. To był majstersztyk manipulacji i propagandy, odpowiadający klasycznym ich teoriom – Harolda Laswella, Eduarda Hermana i Noama Chomsky’ego, Jacques’a Ellula. Dominowała w niej tzw. zasada transfuzji – wykorzystania przyjętych przez ogół polskiego społeczeństwa wartości chrześcijańskich do ukrytych celów partii. Szczególnym instrumentem owej transfuzji było zniekształcanie rzeczywistości unijnej – sfery społeczno-politycznej i kulturowej – przemilczanie faktu, że jest ona skazana przez Traktat na ostateczną sekularyzację oraz odcięcie od tradycji chrześcijańskiej. W tej grze manipulacyjnej PiS skoncentrował uwagę katolickiego elektoratu na problemach liczbowej reprezentacji Polski w europarlamencie, suwerenności państw członkowskich, dopłatach do rolnictwa i pustych hasłach w rodzaju Europa ojczyzn.

    Na arenie międzynarodowej działania PiS na rzecz chrześcijaństwa są zerowe. Brak jakiejkolwiek inicjatywy w celu obrony chrześcijan na Bliskim Wschodzie i w świecie islamu, gdzie – jak powszechnie wiadomo – dokonuje się ich ludobójstwo, jest skandalem nie tylko moralnym i politycznym, ale również cywilizacyjnym. Oto bowiem przy milczeniu parlamentów krajowych – również polskiego – i unijnego zginęły setki tysięcy chrześcijan – i giną nadal – z powodu wyznawanej wiary w Chrystusa. Wraz z nimi giną ostatnie ślady występującej na tym obszarze od 2000 lat cywilizacji ukształtowanej na chrześcijaństwie. Jasno również teraz widać, że o to właśnie idzie ideologom NWO, autoryzowanego m.in. przez koncepcje Zbigniewa Brzezińskiego oraz Henry Kissingera i firmowanego (wbrew woli przeciętnych Amerykanów ) przez USA. Pomimo tego wszyscy czołowi polscy politycy – również z PiS – i ich partie ślepo popierali i popierają politykę Ameryki w tym rejonie – wojnę prewencyjną z Irakiem, atak prewencyjny na Libię, rewolucję w krajach arabskich i wreszcie walkę z demokratycznie wybranym prezydentem Syrii Baszszarem al.-Asadem. Popierają politykę, która pobudza ekstremizm islamski – i nie tylko – skutkujący ludobójstwem chrześcijan. Ci, którzy mieli reprezentować polskich katolików w sferze polityki, nie chcieli słyszeć głosu Jana Pawła II, który sprzeciwiał się atakowi na Irak, nie chcieli słyszeć papieża Franciszka, który podjął szereg działań, aby powstrzymać atak USA na Syrię. Zwrócił się nawet z prośbą – skuteczną – do Władimira Putina, aby na odbywającym się w Petersburgu na początku września b.r. szczycie G20 powstrzymał jego uczestników przed udzieleniem poparcia dla tego ataku, mogącego skutkować wybuchem trzeciej wojny światowej. W tej sytuacji jawnie wrogie wobec działań papieża było stanowisko, jakie zajął w sprawie Syrii trzy tygodnie później Witold Waszczykowski w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” (wydanie z 24 października 2013) jako wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, w której reprezentuje PiS. W całostronicowym potoku wypowiedzi, poświęconych m.in. zabijaniu niewinnych ludzi w tym kraju, nie padło ani jedno słowo na temat prześladowań syryjskich chrześcijan ze strony rebeliantów, nade wszystko na temat dokonywanych na nich okrutnych mordach. Wysokiej rangi polityk PiS w wywiadzie tym uzasadniał ponadto konieczność zaangażowania Polski w sprawie Syrii po stronie USA, Turcji i ich sojuszników – tych sił w konflikcie, które dozbrajają od kilku lat tzw. rebeliantów, wykrwawiających Syrię. Nawet nie napomknął o pomocy dla syryjskich chrześcijan. Ten wywiad jest jednym z ważniejszych świadectw głębokiego zaangażowania PiS na arenie międzynarodowej w budowę NWO. Z perspektywy cywilizacyjnej politycy PiS umacniają bowiem procesy, które niszczą chrześcijaństwo nie tylko w Europie, ale również poza nią.

    Z tej samej perspektywy trzeba spojrzeć na wielkie zaangażowanie polityków PiS w proces włączania Ukrainy do antychrześcijańskiej Unii, która poprzez jej akcesję poszerzyłaby swoją władzę i umocniła się, wchłaniając nowe, 46 milionowe społeczeństwo (to wygląda tak, jakby ktoś chciał przed 1989 rokiem poszerzać Związek Radziecki). Działania PiS na rzecz włączenia Ukrainy do Unii mają jeszcze jeden cywilizacyjny aspekt: mają osłabić Rosję, która triumfalnie wróciła do chrześcijaństwa i broni go na arenie międzynarodowej, m.in. w Syrii.

    Również w polityce historycznej i historycznej narracji ta reprezentująca polskich katolików partia stosuje podwójne standardy i prezentuje fałszywą aksjologię. Jest to nade wszystko widoczne w przypadku ofiar ludobójstwa dokonanego z jednej strony przez sowieckie NKWD, z drugiej przez nacjonalistów ukraińskich z OUN-UPA. Przez długie lata zarówno w polityce, jak i narracji historycznej PiS istniał wyłącznie Katyń. Politycy tej partii zwrócili publiczne uwagę na rzeź wołyńską dopiero w związku z jej 70. rocznicą, angażując się jedynie w sejmie w przygotowanie związanej z nią uchwały. Natomiast w kontaktach z władzami i społeczeństwem Ukrainy ludobójstwo Polaków na jej terenie pozostaje dla PiS nadal tematem tabu – zgodnie z wyznawaną przez partię Jarosława Kaczyńskiego doktryną Jerzego Giedroycia, iż koniecznością historyczną jest budowa wielkiej Ukrainy kosztem Polski. Między innymi ta właśnie doktryna była – oprócz innych motywacji – inspiracją wspólnego wystąpienia przywódcy PiS i jego polityków na kijowskim Euromajdanie z Ołunem Tiahnybokiem, przedstawicielem ukraińskich neonazistów, odwołujących się do tradycji OUN-UPA. Ich wspólne wystąpienie było szokiem nawet dla przyzwyczajonych do podwójnych standardów PiS jego zwolenników. Tym większym szokiem, że odbyło się pod sztandarami ukraińskiej neonazistowskiej partii, której gestem i hasłami prezes PiS przywitał zgromadzonych na Euromajdanie zwolenników UE. Działanie takie urąga pamięci o ofiarach rzezi wołyńskiej i przeczy upublicznieniu prawdy o niej, tak jak przeczy zasadom współżycia dwóch sąsiadujących z sobą narodów, którym potrzebne jest pojednanie nie poprzez fałszywą aksjologię i ateistyczną Unię Europejską, ale w prawdzie i na gruncie chrześcijańskich wartości. Podobnie jak we wcześniej przedstawionych posunięciach PiS mamy tu do czynienia z jawnym działaniem na ich szkodę, a zarazem na szkodę polsko-ukraińskiego pojednania.

    Analiza ważniejszych antychrześcijańskich działań PiS mówi bardzo wiele: chrześcijaństwa i jego wartości musimy bronić nie tylko przed NWO i jego ideologiami, takimi jak gender, ale również przed partiami politycznymi, które wartościami tymi manipulują dla osiągnięcia pozachrześcijańskich celów. Najskuteczniejszą bronią jest w taki przypadku demaskowanie fałszywej aksjologii partii.

    (...)
    http://konwentnarodowypolski.wordpress.com/2013/12/30/razny-pis-czyli-falszywa-chrzescijanska-aksjologia/

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930